Magazyncollalloc, marka, która stała się rytuałem
collalloc, marka, która stała się rytuałem
Kiedy dziesięć lat temu collalloc wchodził na rynek, wyglądało to jak pojedynek Dawida z Goliatem. Podczas gdy farmaceutyczne korporacje produkowały olbrzymie tabletki o smaku chemicznej truskawki, mała firma pakowała w garażu czysty morski proszek, w dodatku celowo bez zbędnego marketingowego balastu. Założyciel marki collalloc Záviš Lacina w wywiadzie dla magazynu HROT opowiedział o tym, dlaczego postawili na czystość i szczerość oraz dlaczego zamiast Paryża aktualnie zdobywają dzikie rynki w Indonezji czy Etiopii.

H: Wchodziliście na rynek produktów kolagenowych, który działa już dziesiątki lat. Czym się wyróżnialiście?
ZL: Wkroczyliśmy tam jak ktoś, kto przyszedł na imprezę o północy, ale przyniósł najlepszy alkohol. Podczas gdy inni stawiali na olbrzymie tabletki, które połyka się jak końskie dawki, my postawiliśmy na czystość. Żadnych barwników, żadnych smaków typu „chemiczna truskawka”, a przede wszystkim żadnego marketingowego balastu. Po prostu powiedzieliśmy sobie, że nie będziemy zarzucać ludzi kitem, ale wsypiemy im porządny kolagen.
H: Jak wpadliście akurat na morski kolagen?
ZL: Wie pan, próba przekonania krowy, żeby dała panu najwyższej jakości kolagen dla ludzkiej skóry, to bieg na długim dystansie. Ryby są pod tym względem znacznie bardziej skłonne do współpracy. Morski kolagen czuje się w organizmie jak w domu, wchłania się więc szybko i jest znacznie skuteczniejszy. Poza tym chcieliśmy czegoś, co nie zalatuje hodowlą wielkoprzemysłową, lecz raczej orzeźwiającą bryzą znad oceanu, oczywiście bez rybiego zapachu.
H: Skąd właściwie pozyskujecie kolagen?
ZL: Nasz kolagen pochodzi z czystych wód północnego Atlantyku. To w zasadzie ryby, które miały lepszy widok na zorzę polarną niż większość z nas na wakacjach. Pozyskujemy go w sposób zrównoważony z rybich łusek i skóry, co jest świetnym przykładem „upcyclingu”. To, co kiedyś by się wyrzuciło, teraz pomaga ludziom dobrze wyglądać.
H: Dla kogo są przeznaczone wasze produkty? Kto jest waszym typowym klientem?
ZL: Naszym typowym klientem jest kobieta po trzydziestce, która już zauważyła, że poranne „wyspanie się do różowości” ma coraz krótszą trwałość. To panie, które chcą wyglądać pięknie i młodo, ale jednocześnie mają już dość rozumu, by nie wierzyć w magiczne różdżki. Nasze klientki to aktywne kobiety, które wiedzą, że inwestycja w kolagen jest znacznie pewniejsza niż inwestycja w kryptowaluty, bo tutaj rezultat widać w lustrze, a nie tylko na wykresie. Jesteśmy tu dla każdej kobiety, która chce starzeć się z gracją, ale bynajmniej się z tym nie spieszy.
H: Jak to było, przebić się w biznesie suplementów diety? To przecież pole, na którym grają duzi gracze.
ZL: Duzi gracze mają budżety, z których można by zbudować mniejszą wieś, ale my mieliśmy zwinność i osobiste podejście. Podczas gdy korporacje zatwierdzały kolor logo na piętnastu naradach, my już pakowaliśmy pudełka w garażu. Naszą strategią było: Bądź tak dobry, żeby nie mogli cię zignorować. I mieliśmy też więcej kawy niż oni.
H: W tym roku firma collalloc obchodzi dziesięć lat. Co się wam przez ten czas udało? Spełniły się wyobrażenia, jakie mieliście na początku?
ZL: Dziesięć lat temu moim wyobrażeniem było „przetrwać pierwszy miesiąc”. Więc tak, przerosło to wszystko. Udało nam się stworzyć markę, która nie jest tylko produktem, lecz dla wielu porannym rytuałem. Co prawda nie jesteśmy jeszcze na Marsie, Elon się z nami jeszcze nie skontaktował, ale to, że ludzie nas polecają dalej, to najlepsza satysfakcja.
H: A co planujecie na kolejne lata? Co z ekspansją zagraniczną?
ZL: Pierwotnie myśleliśmy, że z produktami wtargniemy na Zachód, a Paryżanki zapomną o swoich lokalnych markach. Tyle że szybko odkryliśmy, że Zachód jest pod tym względem trochę jak zamknięty klub VIP. Konkurencja jest tam gęsta, nawyki zabetonowane, a na nas ze Wschodu czasami patrzą tak, jakbyśmy ten kolagen gotowali w kotle w ogrodzie. Więc obróciliśmy ster i ruszyliśmy na wschód. Indonezja, Etiopia, Indie, to teraz nasz teren. Jest tam trochę jak w latach 20. ubiegłego wieku. Dziko, niezbadane i pełne niesamowitej energii. Wprawdzie biznes czasami przypomina tam bardziej film przygodowy niż arkusz w Excelu, ale głód jakości jest tam ogromny. Więc nasza przyszłość? Jest teraz zalana azjatyckim słońcem. I kto wie, może z tej „dziczy” wrócimy na Zachód okrężną drogą jako globalni drapieżnicy.
H: Z nazwy waszej marki wynika, że jest pan miłośnikiem pewnego starego czeskiego filmu, prawda?
ZL: Strzał w dziesiątkę! Tak, Limonadowy Joe byłby z nas dumny. Nazwa to w rzeczywistości taka mała układanka lingwistyczna. Pierwsza część, „colla”, jasno odnosi się do kolagenu (collagen). A „lloc” to przenośnie nasz czeski łyk (lok). Bo wierzymy, że jeden łyk dziennie wystarczy do szczęścia. A dla miłośników łamigłówek mamy jeszcze jeden bonus: collalloc to czysty palindrom. Więc nawet jeśli weźmiesz go rano po ciężkim wieczorze i zobaczysz świat trochę odwrotnie, nasza marka i tak będzie wyglądać tak samo świetnie. Czyta się tak samo z przodu jak z tyłu, co jest metaforą tego, że chcemy robić czysty produkt, który nie ma żadnej ukrytej „drugiej strony” ani haczyków.
H: A tak nawiasem, jak doszedł pan do tego rodzaju biznesu? Co ma pan za sobą w karierze?
ZL: Przeszedłem przez różne branże, ale zawsze lubiłem tworzyć rzeczy, które mają sens i dają namacalny rezultat. Do suplementów diety doprowadziło mnie własne doświadczenie i odrobina tej przedsiębiorczej śmiałości, by zobaczyć lukę tam, gdzie inni widzieli tylko „kolejny proszek”. Jestem dowodem na to, że jeśli coś cię cieszy i nie jesteś leniwy, żeby się przy tym trochę spocić, możesz zbudować coś, co ludzie naprawdę chętnie używają.
collalloc to czeska firma założona w 2016 roku. Specjalizuje się w produkcji 100% czystego morskiego kolagenu, pozyskiwanego w sposób zrównoważony z dzikich ryb północnego Atlantyku. Jej produkty są bioaktywne, bez dodatków smakowych ani konserwantów, i celują w kobiety szukające skutecznej pielęgnacji cery i zdrowia. Nazwa marki jest palindromem, czyta się tak samo również wspak. Firma stawia na zrównoważony rozwój i skutecznie wchodzi na rynki zagraniczne, na przykład do Indii czy Indonezji.
Źródło: Magazyn Hrot, nr 3, Marzec 2026, str. 104 do 105

